Styczeń to najgorszy miesiąc. No prawie. Gorsze jest tylko połączenie maja i czerwca, czyli letnie wydanie największego wroga studentów - sesji. W tym roku, żeby było zabawniej, mam na głowie sesję na dwóch kierunkach, pisanie magisterki i do tego nową pracę (będę uczyć przyszłe pokolenia języka angielskiego w szkole językowej, jeśli kogoś to interesuje).
Na brak zajęć i innych przyjemnych rzeczy nie narzekam. So much fun!
Żeby nie było, że tylko narzekam, nauczyłam się przez ten czas wielu pożytecznych rzeczy:
- gotowanie i sprzątanie jest o wiele przyjemniejsze i ciekawsze niż nauka dialektów niemieckich
- po raz pierwszy od dłuższego czasu doceniłam bardzo przydatną funkcję budzika - drzemkę
- mam wspaniałego współlokatora, który raz już chciał sprawdzać, czy żyję, bo od rana siedziałam nad notatkami i ruszyłam się z pokoju dopiero w porze obiadu
- chorowanie w czasie sesji sucks!
- ale okazuje się, że funkcjonowanie w trybie spanie, jedzenie, leki, nauka działa całkiem nieźle
Zostały mi już nieco ponad trzy dni wolnego, zanim kochanym dzieciom skończą się ferie i wrócę do pracy. Zamierzam porządnie odpocząć. I pójść na zakupy. W końcu jakaś nagroda mi się należy.

