sobota, 28 lutego 2015

Konsultacje Vichy

Rzadko poruszam tematy bardziej kosmetyczne, ale tym razem z przyjemnością zrobię wyjątek. Dziś miałam okazję brać udział w akcji Vichy - dermokonsultacji. Za pomocą krótkiego wywiadu i specjalnego urządzenia konsultantki określały jaki mamy rodzaj skóry i jakie produkty będą dla nas najlepsze (urządzenie badało nawilżenie, wydzielanie sebum i widoczność porów, przebarwienia). Po zakończonym badaniu otrzymuje się kartę z zaznaczonymi kosmetykami i katalog produktów z próbkami dopasowanymi do naszej skóry.

W moim przypadku potwierdziło się to, co kiedyś powiedziała mi kosmetyczka i to, co sama przypuszczałam - skóra sucha.



Skorzystałam też z promocji w Super Pharm (-30% i preparat do demakijażu w prezencie przy zakupie produktów Vichy) i postanowiłam posłuchać rad konsultantki i wybrać krem na noc (mój ukochany z The Body Shop już się kończy) i serum.



W ten weekend odbywa się to w Gdańsku, w Galerii Bałtyckiej, a w następny w Gdyni w Rivierze, więc polecam dziewczynom z Trójmiasta i okolic skorzystanie z takiego badania. (Tu znajdziecie listę kolejnych spotkań w innych miastach).

Myślę, że jest to świetny sposób na uświadomienie innych jaki mają rodzaj skóry i czego powinni używać, czego unikać dla własnego dobra. Polecam wszystkim, jeśli tylko macie okazję z tego skorzystać.

sobota, 14 lutego 2015

Minimalizm kosmetyczny w praktyce - update

Jeśli nie wiecie dlaczego o tym piszę, odsyłam Was do tekstu sprzed kilku miesięcy - tu pisałam o moim podejściu do minimalizmu kosmetycznego

Minęło już kilka miesięcy odkąd po raz pierwszy poruszyłam temat minimalizmu kosmetycznego. Post ten jest cały czas na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o ilość wyświetleń, więc widzę, że jest sporo osób, których to interesuje. Dla mnie jest to również bardzo ważny temat, więc z wielką przyjemnością zabrałam się za aktualizację.

Pojęcie minimalizmu jest dość szerokie. Dla jednego będzie to posiadanie tylko jednej szminki, dla drugiego 5 (bo np. kiedyś miał ich 20). Dla mnie jest to przede wszystkim świadome kupowanie takich kosmetyków, które faktycznie mi się przydadzą i nie są 10 sztuką w danej kategorii. Od zeszłego lata, kiedy to podczas przeprowadzki załamałam się ilością zapasów i kosmetyków w zużyciu sporo się zmieniło. Zapasy się skurczyły, zajmują tylko 1/3 miejsca w porównaniu z tym, co było latem. Oczywiście zdarza mi się czasem ulec pokusie w czasie promocji, ale myślę, że 90% moich zakupów to przemyślane zakupy.

Największy wpływ na to miało dokładne określenie czego tak właściwie potrzebuję i znalezienie ulubieńców. Jeśli coś się u mnie sprawdza, to tego nie zmieniam (np. tusz MNY Colossal - jestem mu wierna ponad 5 lat). Kolejną rzeczą jest wishlista - moja jest obecnie pokreślona, po kilku dniach w większości przypadków dochodzę do wniosku, że jednak dana rzecz nie jest mi potrzebna.

Jak to wygląda w praktyce? Staram się mieć jak najmniejsza ilość kosmetyków danej kategorii - tyle, ile uważam, że potrzebuję. Dostosowuję to do potrzeb skóry.

Przykładowo w kolorówce - wystarczy mi jeden eyeliner, jeden tusz do rzęs czy róż, ale mam 2 korektory, 3 szminki i 2 podkłady. 

Najważniejsze to znaleźć złoty środek i trzymać się postanowień. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, a z własnego doświadczenia wiem, że im mniej kosmetyków, tym lepiej. W moim przypadku prosta, raczej apteczna pielęgnacja skóry sprawdza się idealnie. Każda z nas najlepiej wie, czego tak naprawdę potrzebuje skóra.

Dajcie znać jakie jest Wasze podejście do minimalizmu w kosmetykach.

PS: jeśli możecie polecić jakiś lekki, nawilżający podkład, który ma w ofercie jasne odcienie (miałam np. True Match N1 i Revlon CS 150 Buff) to będę bardzo wdzięczna - jest to jedyna rzecz z kolorówki, którą namiętnie kupuję w poszukiwaniu ideału!

czwartek, 12 lutego 2015

So much fun.

Styczeń to najgorszy miesiąc. No prawie. Gorsze jest tylko połączenie maja i czerwca, czyli letnie wydanie największego wroga studentów - sesji. W tym roku, żeby było zabawniej, mam na głowie sesję na dwóch kierunkach, pisanie magisterki i do tego nową pracę (będę uczyć przyszłe pokolenia języka angielskiego w szkole językowej, jeśli kogoś to interesuje).
Na brak zajęć i innych przyjemnych rzeczy nie narzekam. So much fun!

Żeby nie było, że tylko narzekam, nauczyłam się przez ten czas wielu pożytecznych rzeczy:

- gotowanie i sprzątanie jest o wiele przyjemniejsze i ciekawsze niż nauka dialektów niemieckich
- po raz pierwszy od dłuższego czasu doceniłam bardzo przydatną funkcję budzika - drzemkę
- mam wspaniałego współlokatora, który raz już chciał sprawdzać, czy żyję, bo od rana siedziałam nad notatkami i ruszyłam się z pokoju dopiero w porze obiadu
- chorowanie w czasie sesji sucks! 
- ale okazuje się, że funkcjonowanie w trybie spanie, jedzenie, leki, nauka działa całkiem nieźle

Zostały mi już nieco ponad trzy dni wolnego, zanim kochanym dzieciom skończą się ferie i wrócę do pracy. Zamierzam porządnie odpocząć. I pójść na zakupy. W końcu jakaś nagroda mi się należy.