Zawsze zdawałam sobie sprawę, że mam w sobie coś z perfekcjonistki. Dodając to tego wrodzoną upartość mamy mieszankę wybuchową. Wszystko musiało być dobrze i do końca zrobione, nie ważne jakim kosztem. Nie zliczę nieprzespanych nocy, w czasie których siedziałam nad notatkami, żeby jak najwięcej się nauczyć.
Miałam nadzieję, że to z wiekiem minie. Że jak mi przybędzie obowiązków to zacznę doceniać wolne chwile i nie będę sobie wyrzucać, że mogłabym w tym czasie robić coś innego. Myliłam się. Mimo natłoku zajęć nadal potrafię o godzinie 22 mieć wyrzuty sumienia, że oglądam filmy na youtube a nie uczę się francuskiego/ norweskiego/ robię cokolwiek konstruktywnego. I to nieistotne, że wróciłam późno z pracy, przygotowałam się na zajęcia i tak naprawdę ZASŁUŻYŁAM na odpoczynek.
Najlepszy przykład? Kilka dni temu dowiedziałam się, że w poniedziałek przepadają mi wszystkie zajęcia. O czym pomyślałam najpierw? "Ooo, jak miło, w końcu się wyśpię"?
Nie. Pomyślałam, że może zadzwonię do szefa i powiem, że mam wolny poniedziałek i mogę przyjść do biura (normalnie w poniedziałki nie pracuję wcale, bo spędzam cały dzień na uczelni). Pomijając kwestie finansowe - zawsze to kilka dodatkowych godzin się uzbiera, to po chwili naprawdę zrobiło mi się przykro. Normalny człowiek cieszyłby się z dnia wolnego, ale nie ja. Staram się przekonać siebie, że taki wolny dzień mi się przyda, a skoro i tak nie miałam się tego dnia pojawiać w pracy to niech tak zostanie.
Jeśli ktoś z Was ma/miał podobnie to bardzo chętnie przyjmę wszelkie rady, bo aż się boję pomyśleć co będzie za kilka lat jak tych obowiązków naprawdę będzie sporo.
A teraz idę na małe domowe SPA póki jeszcze nie uważam tego za stratę czasu!
J.








